WIDZIANE PO LUDZKU

Nie powinien realizować go również swobodnie zbyt poddając się popędom. Niestety, także w wychowaniu przez długi czas nie dostrzegano szcze­gólnego charakteru ludzkiej seksualności, podobnie jak pewien wiejski pastor, który na pytanie, czy w przygoto­waniu do konfirmacji jest również miejsce na wychowa­nie seksualne, odpowiedział: „cóż, wie pan, u nas to nie jest potrzebne, dzieci to widzą w oborze”. Seksualność człowieka nie jest ograniczona do posz­czególnych okresów i nie służy jedynie celowi przedłuża­nia gatunku; zawsze obecna, przepełnia całą jego istotę. Nie jest sterowana instynktownymi zachowaniami, ale zdolna do wszelkich możliwych form, także do odmienno­ści i perwersji. W świecie zwierząt wprawdzie także ist­nieje samozaspokojenie, zmiana partnerów i homoseksu­alizm, ale bogactwo form realizacji w wariantach gry mi­łosnej, pozycji współżycia i perwersji znane jest tylko człowiekowi. Ludzka seksualność z natury swojej jest nieokiełznaną, prapotężną siłą podlegającą dopiero ucywilizowaniu i hu­manizacji. Jest wspaniałym darem, ale też równie wspa­niałym zadaniem. Wymaga zawsze form i norm. Realizuje się poprzez wychowanie i samowychowanie, indywidual­ne kształtowanie i zbiorowe przyzwyczajenie. Od natury człowiek otrzymuje coś, co można porównać z członem napędowym rakiety. Cele i drogę musi sobie określić sam i zrealizować etapami, przy czym trzeciego członu nie można odpalić przed pierwszym.

JESZCZE NIE DOKONANA REWOLUCJA

Rewolucja jeszcze się nie dokonała mimo seksualnego wyzwolenia, które właściwie miało dopiero w jej wyniku nastąpić.
Wyzwolenie seksualne nie jest jednak tym, do czego zmierzali rewolucjoniści socjalistyczni. Wywołane raczej przez przemysł dóbr konsumpcyjnych i komercjalne środki masowego przekazu jest pozornym wyzwoleniem z popędy, osłabiając żądanie przełomu społecznego ownoczesme jednak wywołuje stan stałego niedosytu’ czegos w rodzaju ządzy. Utrudnia to człowiekowi odnale- leme rownowagi własnego seksualizmu i przekształce¬nie go w miłość partnerską. Pozbawione ograniczeń za- pokojeme niesie ze sobą sytuację, w której młody czło¬nek owładnięty pożądaniem staje się przedwcześnie po- latny na manipulacje. To, co oferuje mu się jako wolność ist podtrzymywaniem wcześniej wytworzonego i utrwalo¬nego zachowania pełnego pożądania. Seksualizm służy więc w gruncie rzeczy tylko zaspokojeniu samego siebie i nie jest związany z wymianą uczuć czy poznawaniem uczuć partnera.
Niezależnie od tego, czy rozmaite seksualne tendencje wyzwoleńcze powołują się na hasła „powrotu do natury , na maksymę „w stronę społeczeństwa bezklasowego”, czy na zaklęcie „ku szczęściu konsumpcji” — człowiek szukający rady, adresat owych teorii przeważnie ich nie rozróżnia, lecz odbiera je następująco: „bądźcie dla siebie mili!”, koniec z zahamowaniami, przestańcie robić ceregiele.Seksualność ludzka ma szerszy zakres niż zwierzęcia. Człowiek jednak nie musi odrzucać swego seksualizmu jako „zwierzęcego elementu”, wypierać go ze świadomo­ści i dyskredytować.

NA ETAPIE PRZEŁOMU

Na etapie takiego właśnie przełomu znajdujemy się dzisiaj. Dokonuje się on oczywiście w związku ze społecz­nymi i politycznymi przemianami współczesności. Tak jak normy zachowań seksualnych zawsze nadawały się na narzędzia politycznego panowania, gdyż przy ich pomocy można sprawować władzę nie tylko z zewnątrz, ale i od wewnątrz, tak też rewolucyjny ruch współczesności żąda oprócz rewolucji politycznej także seksualnej. Próbuje na przemian osiągnąć jedną przy pomocy drugiej.Duchowym ojcem tego ruchu jest Wilhelm Reich, obiecujący uczeń Freuda, który chciał zastosować w od­niesieniu do społeczeństwa freudowską naukę o psycho­analizie. Stworzył on „Sexpol” i w końcu tak dalece połą­czył rewolucję seksualną z polityczną, że partia komuni­styczna wykluczyła go ze swych szeregów.W porównaniu z nowszymi prorokami rewolucji sek­sualnej Reich ma tę zaletę, że wyraża swe myśli prosto i wyraźnie, nazywa swych przeciwników i swoje cele do imieniu pisząc: „Mieszczanin żąda od młodzieży odpo­wiedzialności i rozumie przez to wstrzemięźliwość; twier­dzi, ze me wolno »wyżywać« własnego seksualizmu wyżywanie« rozumie wszelkie stosunki poza- mafceńskie, a któż jest w istocie bardziej wyzbyty wszel­kiej odpowiedzialności i bardziej lubieżny niż taki morali­sta. Kto uwodzi dziewczęta, kto je traktuje jak narzędzia kto urządza pijackie i seksualne orgie? Nie chcemy uwo­dzić, zmuszać, sprowadzać seksualizmu do poziomu pub­licznych toalet;-^to nasza odpowiedzialność, ale chcemy aby dziewczęta i chłopcy prowadzili satysfakcjonujące ich życie seksualne. Jeśli komuś tak się podoba, może to nazywać wyzywaniem się”.

PODOBNE DO SIEBIE

Seksualność zdegradowana do samopodtrzymują- cej się częściowej potrzeby zrównuje stosunki międzylu­dzkie z kawałkiem kiełbasy czy łykiem wody, czyni z nich lizaka lub cukierek, przeznaczony jedynie do łasowania i krótkotrwałej przyjemności. Przyjemnością nazy­wa się tu zredukowane zaangażowanie psychiki i serca. W tym znaczeniu Goethe może twierdzić: „Rozkosz czyni podłym”. Czyni ona nie tylko podłym, ale także ubogim, gdyż nawet nie doświadcza się pełni ani przeżycia mi­łosnego, ani człowieka — tego drugiego czy samego sie­bie.Kogo partner interesuje tylko jako obiekt seksualny, temu umyka już obszar nazywany zwykle erotyką: zachęta gestów, podnieta głosu, władza spojrzeń, niepowtarzal­ność ducha i uczucia, którą można spotkać, będąc na nią otwartym. Kto wyklucza te zjawiska ze sfery seksualnej, nie docenia jej, podobnie jak rzekomy rewolucjonista w tej dziedzinie. Demonizowanie i ubóstwienie są sobie bliskie. Ludzie zawsze pragnęli dać upust swoim popędom seksualnym i zawsze odczuwali konieczność położenia granic owemu pragnieniu. Skutek jest taki, że w rozmaitych kulturach i społeczeństwach naszej planety panują najprzeróżniej­sze obyczaje seksualne. Nie istnieje jednak ani jedno spo­łeczeństwo ich pozbawione, a więc istnieją ograniczenia wolności pod względem seksualnym. Ograniczenia te są akceptowane, jeśli tkwi w nich przekonujący sens, odczu­wany jako wyższa wartość wobec swobody wyżycia się. Kiedy takie ograniczenia stają się celem samym w sobie, prowokują sprzeciw i opór, ulegając rewolucyjnej lub — znacznie częściej — ewolucyjnej przemianie, aż do ich dostosowania do zmienionego rozumienia seksualności.

UMOCNIENIE RELACJI

Niebezpieczeństwo umocnienia reakcji seksualnej wynika dodatkowo z rewolucji seksualnej, w której tkwi­my. A rewolucja ta wydała istotnie pyszne kwiaty — fleurs du mai — jak w pismach Comforta, Schlegla czy Ullersta- ma, który domaga się: „Ustanówcie władze, pośredniczą­ce w kontaktach seksualnych! Niech gazety przeznaczą osobne szpalty na ogłoszenia o perwersjach. Oświećcie homoseksualistów, gdzie mają szukać kontaktów! Zakła­dajcie domy publiczne! Należy również stworzyć objazdo­we burdele, żeby mogły obsługiwać szpitale, zakłady psycniatryczne, sparaliżowanych, obłożnie chorych, sta- rych oraz niedołężnych. Ich pracownice winny nazywać się erotycznymi Samarytankami i cieszyć się poważa­niem. Byłoby pożądane, aby o ten opiekuńczy zawód ubiegały się osoby wesołe, szlachetne, utalentowane i o wysokim morale”. Cóż byłoby nam bliższe niż podniesienie oręża moral­nego oburzenia przeciw takiemu zwyrodnieniu. Czyż nie trzeba ostrzegać przed takim przecenianiem seksualnoś- ci. Nie, nie trzeba. Warto uznać, że w gruncie rzeczy cho­dzi tu o jego nędzną dyskredytację. O sprowadzenie do poziomu codziennego towaru, który zdobywa się dowol­nie często, w dowolny sposób, przy pomocy dowolnego partnera czy wręcz odpowiedniego przedmiotu.Zrównanie tzw. potrzeby seksualnej z potrzebami in­nymi, jak np. głód i pragnienie, ma w sobie coś fatalnego, bo głodu i pragnienia zwykle nie zaspokaja się pożerając ludzi.

JUŻ NADSZEDŁ CZAS

Już dawno nadszedł czas, aby zubożona Ziemia odebrała wszystkie te pożyczki z rozkoszy, aby wyposa­żyć w nie przyszłość, której .nie potrafimy sobie wyobra- zic .Seks jest jedną z form takiego oszustwa. W miejsce odebranej autentycznej wartości stawia się tylko mierną—  a często nawet marną — namiastkę. Czyż ta strata nie sięga korzeni ludzkiego bytu, bo przecież wywodzimy się z miłości seksualnej? „I tu, w tamtej miłości — kontynuuje młody robotnik Rilkego — którą z nieznośnym pomiesza­niem pogardy, pożądania i ciekawości nazywają »zmysło- wą«, należy szukać oto najgorszych skutków owego zni­żenia, które chrześcijaństwo uznało za obowiązek zgoto­wać wszystkiemu, co ziemskie. Tu wszystko jest znie­kształceniem i wyparciem, chociaż wywodzimy się prze­cież z tego najgłębszego wydarzenia, w którym z kolei za­kotwiczona jest istota naszych zachwytów [...] Dlaczego sprawia się nam zawód tutaj, u korzeni wszelkiego prze­życia? Kto stanąłby tam obok nas, ten mógłby być pe­wien, że nie żądalibyśmy od niego niczego więcej. Bo to oparcie, jakiego by nam tam udzielił, wzrastałoby samo wraz z naszym życiem i na równi z nim stawałoby się większe i silniejsze. I nigdy by się nie wyczerpało. Cze­góż to nie wprowadza się do naszej najsekretniejszej tajni? Czegóż nie musimy omijać, i wreszcie wnikamy Coś, co jest ignorowane, wypierane i odrzucane, nie może zostać opanowane i uczłowieczone, podobnie jak me można ucywilizować potępionego, wykluczonego członka społeczeństwa.

RYS O ŚMIERCI

W tym celu rozbierano po­wałę, ścianę, wyjmowano okno. Otwór ten za­raz po wyniesieniu zmarłego zamykano, aby nie znalazł on drogi powrotnej. Z czasem zwy­czaj ten stosowano tylko wobec zmarłych nie­naturalną śmiercią — samobójców, topielców, wisielców. Obawa przed powrotem zmarłego skłaniała też do wykonywania wielu innych zabiegów zabezpieczających przed tą groźną ewentual­nością. Jeszcze niedawno w Polsce notowano tego typu zabiegi magiczno-symobliczne. Oto kilka przykładów zanotowanych na Śląsku: po wyniesieniu zmarłego z domu wyrzucano na pole miotłę, ponieważ sądzono, że może w niej przebywaę duch nieboszczyka, lub też w ślad za wyniesionymi zwłokami wylewano natych­miast na próg wodę — czyniono to w celu przepłoszenia, stamtąd duszy zmarłego.Kończąc ten rys o śmierci, o dalszych lo­sach człowieka, o świecie pozagrobowym trze­ba wspomnieć o występowaniu w dziejach czło­wieka paradoksu egzystencjalnego: człowiek wie o śmierci i wiedząc nie może w nią uwie­rzyć. I to nie tylko nie może w nią uwierzyć, ale ciągle próbuje znieść ją w sferze swej świadomości, unicestwić i poprzez różnorodne zabiegi, wewnętrzne stany psychiczne przedłu­żyć swe istnienie W sferze pozafiżycznej, w płaszczyźnie iluzorycznej. Wątek faustow- ski — dążenie i jpragnieTne zachowania mło­dości i życia — przenizuje czerwoną nicią ist­nienie gatunku ludzkiego i wyraża się w róż­norodnych magicznych i realnych działaniach.

W ARCHAICZNYCH POJĘCIACH

W pojęciach ludów archaicznych wszelkie zetknięcie się z nieboszczykiem, trumną, cału­nem grozi zniszczeniem, zamieraniem, śmier­cią. Ponieważ zmarły wszystko niszczy wo­kół siebie, dlatego też zetknięcie się chorego ze zmarłym może zniszczyć chorobę — jest to szeroko wykorzystywane w „lecznictwie” lu­dowym. Zetknięcie się chorego z nieboszczy­kiem było znane starożytnym Rzymianom, Egipcjanom, występuje także u ludów prymi­tywnych, spotyka się również w ludowych kul­turach Europy. W Polsce można znaleźć wiele zapisków pochodzących z XVI wieku, w któ­rych obok innych przepisów znajdujemy taki: „Też ząb człowieka umarłego zetrzeć, a z nim się napić…” Czarownice były posądzane o to, że do czarowania używały trupich kości i drze­wa z trumny.Zwłoki działają — według przekonania lu­dów archaicznych — szczególnie szkodliwie na płodność i rozwój w ogóle. Bystroń odnotował następujący zaikaz: kobietom brzemiennym za­brania się dotykania trupów i brania udziału w pogrzebie nawet własnych rodziców. Wynoszeniu z domu zwłok towarzyszyły także różne praktyki magiczne mające na ce­lu zamknięcie zmarłemu drogi powrotu. Mie­szkaniec Arfyiki Południowej obnosi szybko zmarłego wokół chaty celem zmylenia ducha. W Europie, Azji i Australii wynosi się zmar­łego nogami naprzód, aby go w ten sposób symboliczny z chaty na zawsze wyprowadzić. Już w momencie ustawiania zwłok w domu uważa się na to, aby nogi były zwrócone ku drzwiom. Często też nie wynoszono trumny drzwiami.

WIELE PRZESĄDÓW

Wiele przesądów i zabiegów magicznych wiązało się z trumną. Między innymi: nie wol­no było. brać miary z nieboszczyka, nie wolno było także kłaść się do trumny, aby sprawdzić, czy będzie dostatecznie długa dla zmarłego, gdyż to miało szkodzić żyjącemu. Do zbijania trumny nie używano żelaznych gwoździ, lecz tylko drewniane. Użycie żelaznych gwoździ miało uniemożliwić nieboszczykowi powstanie na Sąd Ostateczny. Jeśli z desek Wziętych na trumnę został stolarzowi kawałek, było to zna­kiem, że w najbliższym czasie będzie robił dru­gą trumnę. Niekiedy do trumny wkładano pew­ne przedmioty na „czyjąś zgubę i szkodę”. Szczególnie często wykonywano ten zabieg na szkodę złodzieja. Niegdyś na Pomorzu w razie skradzenia ubrania brało się parę kawałków ze skradzionej materii i zagrzebywało wraz z nieboszczykiem. Równomiernie z rozkładem ciała i butwienieim tych szmatek miał słabnąć złodziej, aż wreszcie, z chwilą zupełnego zbut­wienia, miał on umrzeć. Na Mazowszu wierzo­no, że osoba, z której mienia włoży się coś do trumny i pogrzebie z nieboszczykiem, wkrótce umrze. W Niemczech istniały przesądy polegające na tym, że nie wolno było dawać nieboszczykowi do trumny używanej bielizny lub innych części ubrania, szczególnie przepo- conych lub znaczonych czyimiś inicjałami. Mia­ło to bowiem spowodować jego śmierć. Podsta­wa tych zabiegów magicznych polegała na prze­konaniu, że zwłoki wydzielają z siebie jakąś niszczycielską moc, która pociąga za sobą wszystko, z czym się zetknie. Sam akt zabie­gu zasadza się na regułach magii zwanej ana­logiczną — każda czynność wywołuje analogicz­ne skutki.

W DAWNEJ POLSCE

W dawnej Polsce, aby zapobiec powstawa­niu upiora, zmarłemu wiązano łyczkiem świę­conego ziela obie ręce w tył albo też dwa śred­nie palce, ciało zaś kładziono twarzą do dołu.Wśród ludów pierwotnych, a także w daw­nej Europie, panował powszechny zwyczaj za­mykania oczu zmarłemu i przyciskania powiek. A czyniono to po to, aby wzrok nie oddziały­wał na otoczenie. Zabieg ten ściśle wiązał się z przekonaniem o istnieniu i działaniu złego oka, uroków. Angielski etnolog Frazę,r wyja­śnia zamykanie oczu zmarłego chęcią uchronie­nia się przed powrotem zmarłego, który ma­jąc oczy otwarte mógłby łatwo znaleźć powrot­ną drogę.Z chwilą śmierci zasłaniano w domu lustra. Zabieg ten można wytłumaczyć w ten spo­sób, że — według przekonań ludu — lustro od­bijając postać nieboszczyka może zatrzymać zmarłego w domu lub też odbicie w lustrze obrazu człowieka żywego może być zabrane przez zmarłego.Zatrzymuje się także chodzące zegary, któ­re przecież wybijają godziny życia, a więc tak­że godziny śmierci. Czynność ta bywa zazwy­czaj uzasadniana w ten sposób: zegar nie po­winien swym chodzeniem niepokoić zmarłego, pozwolić mu spokojnie odejść w zaświaty. Przesąd związany z zegarem powstał stosunko­wo niedawno, niemniej jednak jest dość roz­powszechniony. Warto także wspomnieć o zwyczaju dzwo­nienia. po śmierci, który to zwyczaj ma dziś formę całkowicie chrześcijańską, ale u podstaw którego tkwią dawne pierwiastki magiczne. Dźwięk dzwonów, a w ogóle wszelki głos przedmiotów metalowych, miał początkowo charakter ochronny, odstraszający. W tym pierwszym przypadku głos dzwonów obwiesz­czających śmierć człowieka pierwotnie miał ta­ki właśnie charakter.